Mała czaiła się za krzesłem, ściskając w palcach kurczowo wykałaczkę. One były gdzieś tam, w ciemnościach domu. Czekały, aż Mała się ujawni, by rozerwać ją na kawałki, a potem złożyć byle jak. Oko na miejscu nosa i brwi na brodzie.
Najchętniej popłakałaby się na środku kuchni jak małe dziecko, by Narrator przyszedł, odgonił strach i po raz kolejny nazwał ją kretynką, ale dorosłym, odpowiedzialnym kobietom takie zachowanie nie przystoi. Dorosłe, odpowiedzialne kobiety spoglądają lękom prosto w twarz i samym spojrzeniem wysyłają je w niebyt. Nawet jeżeli te dorosłe, odpowiedzialne kobiety w głębi duszy są nadal piegowatymi stworzeniami o dwóch, mysich ogonkach z kokardami na końcu i grubymi, wiecznie zsuwającymi się rajstopami.
Mała zacisnęła zęby, a potem wstała, nadal ściskając śmiercionośną wykałaczkę. W końcu lęki w tych ciemnościach mogły nie dostrzec jej wysyłającego w niebyt spojrzenia. I wtedy coś otarło jej się o łydkę. A po domu rozszedł się krzyk, od którego zadrżały szyby w oknach.
- Mała? – zapytałem z lękiem, zapalając światło w kuchni. Mała siedziała na podłodze, śmiejąc się histerycznie w kocią sierść. Powstrzymałem się od znaczącego puknięcia w głowę i przyjrzałem się bliżej kuchni. Spod pieca wystawał czyjś długi ogon, zakończony zabawnym pędzelkiem, a na stole stała szklanka po mleku. – Znowu nie mogłaś spać?
Mała tylko pokiwała głową, nadal tuląc się do rudego futerka kota, który ocierał łeb o jej włosy, mrucząc rozkosznie. Jako że nie nadawała się na towarzyszkę konwersacji, podszedłem do pieca i mocno pociągnąłem za ogon. Chochlik zawisł do góry nogami przed moją twarzą. Miał lekko krzywe oczy, mocno niebieską skórę i ogólnie nie wyglądał zbyt przyjaźnie. Nagle zwinął się i długimi, ostrymi zębami chapsnął mnie w rękę.
Zanim uciekł ponownie pod piec, zdążyłem poznać jego imię – wyhaftowane złotą nicią na plecach równie niebieskiej, co skóra tuniki.
Kompleksik.
skomentuj (2)
Westchnąłem, patrząc za okno. Z pól przyszła mgła, snując się sennie porwanymi pasmami wśród drzew. Osiadała kroplami wieczornej rosy na mchu, który przybrał swą najpiękniejszą, ciemnozieloną barwę, a w dotyku był bardziej miękki i aksamitny niż zwykle. Pojedyncze liście opadały już na ziemię, zapowiadając zbliżającą się, choć nadal odległą jeszcze zimę. Przez uchylony lufcik do kuchni napływała rozkoszna, późnoletnia, a wczesnojesienna woń grzybów oraz zapach żywicy.
Siedziałem w półmroku, wsłuchując się w ciszę i w spokoju, którego dawno nie zaznałem, popijałem herbatę z zasuszonych własnoręcznie ziół. Ich woń wraz z zapachem lasu mieszała się z ciepłym, kuchennym powietrzem, pachnącym powidłami śliwkowymi. Czułem się rozluźniony, spokojny, a mimo to, czegoś mi brakowało. Wstałem, w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia, a odstawiany na stół kubek huknął głośno. Właściwie żaden inny dźwięk nie rozbrzmiewał w ciemnym domu.
Z roztargnieniem potargałem puchaty łeb kota, który milił się do moich nóg. Oczywiście. Mała. Znowu chodziła mi po głowie. Żałowałem w tym momencie bardziej niż kiedykolwiek, że rzuciłem palenie i z całych sił się tego trzymałem. Chwila zastanowienia przy papierosie przydałaby mi się bardziej niż cokolwiek innego. Musiałem się jednak obyć bez tego.
Bo z Małą wszystko było ok. Często się śmiała, żartowała i praktycznie cały czas w starych murach domu rozbrzmiewał jej głos. Ale nieustannie pracowała. Wynajdowała sobie zajęcia – uczyła się, czytała, oglądała filmy i bajki, słuchała muzyki. Nawet dostała szansę pracowania w ukochanym sklepie. Mimo to coś się zmieniło. Chyba to, że w ogóle nie mówiła na TEN temat, choć w chwilach słabości, nie dłuższych niż kilka sekund, patrzyła smutno w dal, po czym gwałtownie otrząsała się i śmiała z czegoś cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową. Martwiłem się o nią, chociaż była szczęśliwa. Właściwie bardziej szczęśliwa niż kiedykolwiek.
Na palcach wszedłem po skrzypiących, drewnianych schodach i cichutko uchyliłem drzwi do pokoju Małej. Spała już, zwinięta w kłębek, przytulając do piersi puszkę po herbacie. Gwałtowny powiew wiatru stworzył przeciąg, który trzasnął jedną z okiennic. Przeklinając szeptem, podbiegłem do okna, by je zamknąć. Po drodze mój wzrok padł na biurko, gdzie leżała rozpadająca się książka, otwarta na wierszu „Ofelia” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Zatrzymałem się w pół kroku, patrząc ze współczuciem na śpiącą Małą. Nawet teraz uśmiechała się przez sen.
Podszedłem do parapetu, pchnąłem ramę i dokładnie przekręciłem klamkę. Powiew nagle ustał, a ja z zaciętą miną odwróciłem się w stronę Małej. Normalnie nie wychodziłem poza pocieszanie jej i znoszenie jej rozlicznych humorów, ale po raz pierwszy postanowiłem się wtrącić bez jej prośby o radę czy wsparcie.
Zabrałem z półki misia i delikatnie wymieniłem go na puszkę. Mała oczywiście się obudziła, ale na moje uspokajające „śpij dalej”, po prostu przekręciła się na drugi bok i usnęła ponownie. Puszkę zaniosłem do kuchni, starając się nie potrząsać nią za bardzo. Zapaliłem w kuchni starą lampę naftową i zamknąłem lufcik, by nie kusić komarów, ciem i innych żyjątek. Wygoniłem też kota, by nie przeszkadzał mi w pracy.
Przy ciepłym świetle lampy, z kubkiem ziołowej, chłodnej już herbaty w zasięgu dłoni, wyciągnąłem z puszki drobne, migoczące srebrzyście kawałki i zacząłem składać w całość złamane serce Małej. skomentuj (6)